Fotorelacja Tandem Adventure: „Droga przez boliwijskie pustkowie i wycieczka na wulkan Ollague”

Przedstawiam kolejną porcję zdjęć umieszczonych przez Przemka i Dorkę na ich blogu. Ilustrują one relacje „Na naleśnikach i makaronie przez boliwijskie pustkowia do Avaroa 12.12 – 17.12.2011” oraz Ollague – zajrzeć w paszczę bestii… 18 – 20.12.2011. Były on już publikowany na info.arttravel.pl, ale warto przypomnieć fragmenty. Przez boliwijskie pustkowie:
„Napełniliśmy więc zbiorniki, przeszliśmy przez tory kolejowe i po przejechaniu pustyni Chiguana, dotarliśmy do zbocza góry, którym droga prowadzi na przełęcz. Zaraz też trzeba było zejść z roweru i zabrać się za pchanie bo droga to był sam piach, rozjeżdżony przez jeepy i kamienie. Ta droga to była prawdziwa pokuta! Ciągnięcie obładowanego roweru o wadze ponad 100 kg w piachu, pod górę na wysokości zbliżającej się do 4000 m. n.p.m. to po prostu męczarnia. Przebycie dystansu 5 km zajęło nam dwie godziny, byliśmy totalnie wyczerpani i wypiliśmy mnóstwo wody. A do najbliższych jeziorek mięliśmy ponad 60 km! Stało się więc jasne, że nie zdołamy do nich dotrzeć zanim skończy się woda. Potrzebny byłby nam znacznie większy zbiornik (na około 20 l) lecz tutaj nie było możliwości zdobycia czegoś takiego. Tutaj nie było możliwości zdobycia niczego – nawet tak podstawowych rzeczy jak wody i jedzenia. Zrezygnowani rozbijaliśmy więc namiot w wyschniętym korycie rzeki. Mieliśmy świadomość, że laguny pozostały poza naszym zasięgiem. Od tej strony dostępne mogą być tylko dla tych, którzy mają lekki rower i ograniczony do minimum bagaż oraz duży zbiornik na wodę, który niestety mocno obciąża. Jednak żeby tak podróżować niezbędne są większe zapasy gotówki. Tym razem więc nasza „samowystarczalność” po prostu ważyła zbyt wiele…”
Wycieczka na wulkan Ollague:
„Niestety nie udało nam się zajrzeć w samą paszczę bestii. Krater znajdował się bowiem na zboczu, które dość stromo opada w dół i gdzie bardzo łatwo ześlizgnąć się w przepaść. Poza tym opary drapały w gardło i szczypały w oczy. Byliśmy jednak dostatecznie blisko by poczuć gorący oddech wulkanu a dodatkowo wchodząc na niego poprawiliśmy swój własny rekord wysokości. Do tej pory najwyższym miejscem, na które weszliśmy była przełęcz Thorung La w Himalajach (wys. 5416 m. n.p.m.) natomiast wulkan Ollague ma ponad 5800 m. n.p.m. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy skalnej szczelinie, z której również wydobywały się wulkaniczne opary ale w mniejszej ilości, dzięki czemu można do niej podejść i dokładnie się przyjrzeć a nawet ogrzać buchającą parą. Ziemia w pobliżu ziejącej oparami siarki szczeliny też była nagrzana i przyjemnie było na niej posiedzieć, zwłaszcza, że na niebie pojawiły się chmury, z których zaczął padać śnieg. Droga powrotna z wulkanu do obozowiska dłużyła się w nieskończoność. Po ogromnym wysiłku dotarłam na miejsce bardzo zmęczona. Przemek był trochę wcześniej, zdążył już ugotować wodę i zrobił gorącą czekoladę do picia. Siedzieliśmy zmęczeni w namiocie popijając czekoladę a wulkan nad nami dymił sobie, dymił i dymił… Następnego dnia leniwie powłócząc nogami wróciliśmy do wioski, żeby nabrać wody…”


Na podstawie relacji z bloga TANDEM ADVENTURE http://tandempl.wordpress.com/

Kategorie: Fotografia, Relacje z podróżyTagi: , , , , , , , , Bookmark

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


osiem × 7 =

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Comment Spam Protection by WP-SpamFree